nabazgrałam >> I zapominać chcę, tak często jak się da.

W głowie ciagle pustka, aczkolwiek dziś podjęłam (po raz kolejny z resztą) nadludzki wysiłek uporządkowania tego wszystkiego.
Na wstępie chciałabym tylko powiedzieć, że jestem wdzięczna. Widzę to, że jesteście ze mną (słowa, rzecz jasna, kierowane do tych, co są ze mną). I staracie się, nie zmieniając tego jaka jestem, ustosunkować mnie we właściwym kierunku. Wzrok pełen czułości, perlisty, zaraźlwy śmiech, bezpieczne ramiona, czy ukradkiem podsunięta chusteczka higieniczna (względnie rumiankowy papier toaletowy) to jedyne czego teraz potrzebuję. I mam to. Tak. Mam to. I jestem wdzięczna wszystkim istniejącym bogom, że mimo całego tego zwichrowania i syfu jaki się porobił w moim życiu ciągle są ludzie, którzy potrafią być. Dziękuję, po prostu. Dziękuję.

Doszłam do wniosków, z których najważniejszym jest ten, że czas najwyższy zakończyć działalność tego bloga. Podkreślam tego, bo moja radosna, internetowa twórczość zupełnie się nie "zakańcza". Nie chcę i w związku z tym nie pozwolę, żeby dokonała się w tak smutnych okolicznościach.

Jestem uzależniona. Uzależniona od pisania, od spowiadania się, od tego wirtualnego konfesjonału. Z moich wielce konstruktywnych obserwacji wynika, iż istnieją też współuzależnieni. Znacie to moje uzależnienie lepiej niż ja. Od 5 lat, w miarę regularnie, przelewam swoje myśli w pierdolone białe okienko panelu administracyjnego tego bloga. I uwielbiam to.
Kluczem do zrozumienia tego wszystkiego byłam ja. Nikt, kto mnie nie zna choć odrobinę nie byłby w stanie zrozumieć pojawiających się tu notek. Odnoszę wrażenie, że czasem nawet sama znajomość ze mną nie była wystarczającą wskazówką. Hasło, które swoją drogą dziś zostanie zdjęte, jest ściśle powiązane z moją fizycznością. Jeśli wiecie, co mam na myśli.

Ww. "pierdolone białe okienko" widziało więcej moich emocji niż jakikolwiek człowiek.
Jakieś psie przywiązanie trzymało mnie ciągle tu, w tym samym miejscu.
"I woof u"

Przeczytałam archiwum. Korzystając z faktu jego chwilowego odblokowania (Nie, nie próbuj. Już jest zablokowane). Całe, od deski do deski (o ile takie określenia można użyć w stosunku do podstron). Śmiałam się i płakałam na zmianę. I podczas, kiedy gdzieś obok mnie mijały sobie lata, jedno nie zmieniło się wcale. Zawsze wydawało mi się, że pozjadałam wszystkie rozumy. I wszystkie bzdury, jakie tu wypisywałam, były autentycznie czymś, w co wierzyłam. W tamtej, konkretnej chwili, kiedy wystukiwałam coś na klawiaturze, byłam po prostu przekonana o słuszności tego co robię i jaka jestem.
To jest moje usprawiedliwienie. Wtedy głęboko wierzyłam w to, że to co robię, mówię i piszę, i to, jaka jestem jest po prostu dobre.
Czysta głupota. Beznadziejna emocjonalność. I w dodatku, żeby było śmieszniej, prosto z serca. Głupota prosto z serca, kto by pomyślał... To się nie śniło przysłowiowym filozofom.
I być może nie byłam najlepszą przyjaciółką, najwyrozumialszym w ocenach człowiekiem, najbystrzejszym w czymkolwiek uczniem lub najczulszą partnerką. Popełniałam błędy i właśnie teraz dojrzałam na tyle, żeby się do nich przyznać. Robiłam głupoty, jak każdy.
I przepraszam. To być może mało. I być może poniewczasie. Ale co ja mogę więcej? Obiecać, że nie zrobię więcej żadnego błędu? Nie palnę żadnej głupoty? (oj...). Przecież byłoby to kłamstwo przeokrutne. Mogę być bardziej uważna. Wystarczy?
Nie powiem, żeby było mi łatwo z tym sporawym bagażem głupot, wstydu i nieprzyjemności na jaki zapracowałam podczas ostatnich 5ciu lat. Ale chyba czas najwyższy przestać się tym przejmować. To było kiedyś. Nie jest przez to mniej ważne, ale nie może zamykać mi drzwi "do przyszłości" (no, przecież wiecie, co mam na myśli).

Archiwizowanie i szufladkowanie uczuć pozornie nie dało mi zupełnie nic. Nie stałam się przez to ani mądrzejsza, ani bardziej zaradna, ogólnie żadna się nie stałam. Gdyby ktoś zapytał "po co" powiedziałabym po prostu, że to uwielbiam. Lubię pisać, lubię wiedzieć, że ktoś to przeczyta. Być może lubię też prowokować swoimi wypowiedziami.
I ten, kto myślał, że "koniec" to koniec ostateczny pomylił się bardzo, a nawet bardzo bardzo. Wszystkich (no, prawie wszystkich) zainteresowanych dalszym rozwojem spraw zapraszam na gg po nowy adres.

Drodzy moi, mijający rok (ta.. szkolny), bez najmniejszych wyrzutów sumienia, nazwać mogę najcięższym jaki dotychczas miałam wątpliwą przyjemność przeżyć. Jednym (a właściwie dwoma) słowem? Równia pochyła. A żeby było weselej, równia pochyła pełna zakretów, ślepych zaułków i objazdów z powodu robót drogowych. I jazda bez trzymanki. I bez pasów bezpieczeństwa. Kilka miesięcy względnego szczęścia, jakby tylko po to, żeby mi pokazać, że może być jeszcze gorzej. I jeszcze cieżej.
Kiedy wydaje mi się, że jestem już na samym jej dnie, modlę się o to, żeby nie upaść jeszcze niżej. Bo teraz już wiem, że "jeszcze niżej" istnieje. Dziwi mnie to strasznie, jak bardzo na moje poglądy wpłynęły wydarzenia ostatnich miesięcy. Jak bardzo na moje życie wpływa to, co się dzieje naokoło.
Więc siedzę ja sobie w tej mojej dolinie i rozkminiam. Nie sama. Bo jest pewna dwójka (względnie pojedynka tudzież trójka), która trzyma mnie za moje pofarbowane kłaki i nie pozwala lecieć w dół "jeszcze niżej". I są Ci, którzy pomimo ponurego (i niezaprzeczalnego) faktu, iż są tylko ludźmi dokonując zupełnie nadludzkich cudów cierpliwości, są obok. I mogę być sobą. Z całą tą entropią jaka się wkradła w moje życie. Taka właśnie: rozmazana, rozmazgajona i nieokreślona. I z tego miejsca dziękuję raz jeszcze.

Nie ma akcji bez reakcji tralala organki. I nie ma akcji bez przyczyny. Moją akcją jest zamknięcie tego bloga. Uciekam od tego co było. Nie chcę mieć nic (oprócz wypływającej z tego nauki) wspólnego z wszystkim tym, co zostało tu zapisane. Chwilowo lub nie, jest to dla mnie za dużo.
Przyczyny takiego obrotu spraw mimo wszystko wolałabym zostawić dla siebie.
Jedynym skutecznym sposobem, żeby choć częściowo ułatwić sobie świadome budowanie nowej siebie, jest odcięcie się od przeszłości. A cała moja przeszłość, to wszystko to, co zostało tu zapisane. Ze szególnym uwzględnieniem słabości i trudności piętrzącej się na każdej kolejnej drodze do celu. A obecnie, zbyt wyraźnie i dosadnie zdaję sobie sprawę ze wszystkich swoich niedoskonałości. I nie potrzebuję zupełnie nic, co by mi o tym przypominało.
To przecież kawał historii. Mojej historii. Dlatego nie kasuję, tylko piszę teraz do was. Chcę móc wrócić do tego, co było wcześniej. Przecież to ja, jakkolwiek głupia i naiwna nie byłam przez ostatnie lata. I choć sama czasem nie wierzę w to, co tu pisałam. Mimo wszystko, chcę móc do tego wrócić.
A reakcja? Reakcja to coś, co może wyjść tylko i wyłącznie z waszej strony. A ja mam to w dupie. Tak, autentycznie mam to gdzieś (uh.. dziwne uczucie).

Niemniej jednak miło wiedzieć, że przez to 5 lat ktoś tu zaglądał. Miło wiedzieć, że to, co tu pisałam było dla kogoś ważne, albo chociaż w jakimś stopniu interesujące. Kimkolwiek jesteś i jakkolwiek długo śledzisz losy tego bloga, dziękuję za okazane mi zainteresowanie. Nawet chwilowe, nijakie, przez przypadek. Szanowny czytelniku, buzi prosto w nos.


A właśnie w tej chwili (tu można zacząć nucić jakąś dramatyczną melodię), zbliżam się do końca ostatniej notki na tym blogu Ostatniej, przynajmniej w założeniu, bo moje bogate w doświadczenia dziewiętnastoletnie (tak, to sarkazm) życie nauczyło mnie "nigdy nie mówić nigdy" (co prawda uświadomiła mi to Pewna Mądrzejsza Ode mnie Jejmość o, jak sama przyznaje, nieco hipisowskich poglądach).

Więc idę dalej. Jakkolwiek drastycznie to (w domyśle cała notka) by nie zabrzmiało, tak naprawdę ciągle jestem taka sama. Nie jestem ani trochę silniesza, czy mądrzejsza.
Tylko właśnie wtedy coś we mnie pękło. Wtedy, w skotłowanej jeszcze pościeli. Kiedy jeszcze napięcie nie zdążyło ze mnie dobrze zejść, kiedy powietrze w dalszym ciągu było na tyle gęste, że można je było ciąć ("tnąć") nożem. Kiedy to złudzenie (czy marzenie?) ciągle jeszcze dźwięczało w powietrzu. Tak, wtedy zdecydowanie coś się we mnie zmieniło. Coś pękło. Może to właśnie TO powodowało mnie taką, właśnie taką? Naiwną, łatwowierną i słabą?
Nie mam pojęcia co to, ale sprawy zupełnie nie ułatwia mi fakt, że ciągle miotam się między jedną a drugą skrajnością.

Ale idę dalej. Z uśmiechem uparcie przyklejonym do twarzy.
Kończę ten rodział z nowym kolorem włosów ("jak tak dalej pójdzie to się skończą i kolory i miejsce na kolejne tatuaże, zwolnij, okeeej?"), podniszczoną wątrobą, pooranym sercem, brakiem planów na choćby najbliższą przyszłość, pozbawiona wartości i sensu  oraz garstką tych, których chce mieć przy sobie podczas nowego początku.

Bo teraz, tylko przyszłość. Żadnego patrzenia w tył, żadnego "cofania się w tył". I teraz tylko ja. Tryb egoistki mode on.

So goodbye and good luck.
Trzymam kciuki za siebie.


2009-04-26 01:06:00

Tiama skomentuj (3)


| szablon: Madzik| dla: Sz-B| pic: PopArt|



Ksiêga Goœci

Archiwum

2009
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec

Linki

Zasłuchana
Lenny Kravitz - I'll be waiting
Creed - Sacrifice
Jose Gonzalez - Heartbeats
Joseph Arthur - In the sun
Myslovitz - W deszczu maleńkich żółtych kwiatów
Frankie Vallie - Can't take my eyes off of you
Sistars - Skąd ja cię mam
Norah Jones - Sunrise
Avril Lavigne - Slipped away
Oasis - Don't go away
Pidżama Porno - Tom Petty spotyka Debbie Harry
Hey - Mru mru
One Republic - Mercy
Snow Patrol - You could be happy
Snow Patrol - Set the fire to the third bar
Vertical Horizon - Best I ever had
Damien Rice - Rootless tree
The Fray - Trust me
IAMX - This will make U love again
Pink Floyd - Wish you were here

blog.pl